Z plecakiem w świat: Dolina Aosty

Dolina Aosty to najmniejszy włoski region znajdujący się przy granicy z Francją i Szwajcarią. Leży w najwyższej części Alp, zaraz za jego granicą francuską wznosi się Mont Blanc (we Włoszech nazywany Monte Bianco), a na granicy ze Szwajcarią – Matterhorn (Monte Cervino).

W regionie zachowały się zabytki z czasów Imperium Rzymskiego, szczególnie w stolicy – Aoście. Region żyje z turystyki, można prawie wszędzie porozumieć się po angielsku. Główną doliną biegnie linia kolejowa, w boczne można dostać się autobusami. Celem naszej wycieczki była przede wszystkim turystyka górska.

Z Gdańska polecieliśmy do Bergamo, stamtąd autokarem (których pełno pod lotniskiem) do Mediolanu i potem koleją do Doliny Aosty. W miejscowości Chatillon wsiedliśmy do autobusu, który zawiózł nas do Cervinii na wysokość 2000 m. Nad kurortem góruje piękna sylwetka Matterhornu. Cervinia jest połączona z miastem Zermatt w Szwajcarii siecią kolejek górskich i wyciągów. Jest to największa tego typu sieć w Europie. Najwięcej turystów przyjeżdża tutaj zimą na narty.

Po przyjeździe do Cervinii, gdzie panowała przyjemna temperatura ok. 15 stopni, w sklepie kupiliśmy prowiant, a w ciastkarni kawę. Poszliśmy do schroniska (właściwie bezobsługowego schronu) Giovanni Bobba na wysokości 2770 m. Drogowskaz informował, że przejście trwa ok 2,5 godziny. Po drodze widzieliśmy spore stado koziorożców, kozicę na śniegu, świstaki i kopciuszki (gatunek ptaka wielkości wróbla).

Około 20.30, po ponad 15 godzinach w drodze, dotarliśmy do celu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Nikogo w schronie nie było, po turystach zostały tylko wpisy w zeszycie. Kilka kilometrów od nas widać było przepiękny Matterhorn (4478 m), który początkowo był schowany za chmurami. W schronie 10 miejsc do spania, koce, świece, kuchenka gazowa, obok przewiewna toaleta nad przepaścią. Nie ma tu wody, ani prądu. W środku schronu angielski napis: „Idź się wspinać, prysznic może poczekać”. Zmęczeni szybko zasnęliśmy.

Następnego wstaliśmy o 6 i podziwialiśmy piękne widoki przy wschodzie słońca pod Matterhornem. Było bezchmurnie, a w ciągu dnia lekkie zachmurzenie. Rano chłodno, potem słońce szybko ogrzało powietrze. Postanowiłem, że pójdziemy innym szlakiem i wyjdziemy bliżej centrum Cervinii. Zignorowałem przeczytaną jeszcze w Polsce informację o uszkodzonym szlaku. Około 7 ruszyliśmy. Ciężko się szło, ale trasa prowadziła w dół i była wygodniejsza niż dzień wcześniej, do chwili gdy zobaczyliśmy strumień pokryty śniegiem, a nad nim rozciągniętą linkę. To było właśnie miejsce, w którym lawina zniszczyła szlak. Wszystko byłoby dobrze, gdyby śnieg tworzył grubą warstwę. Niestety, w jednym miejscu była bardzo cienka. W końcu znaleźliśmy miejsce poniżej, gdzie przeszliśmy przez strumień. A czas leciał. Dalej szlak był mało widoczny, nikt z niego dawno nie korzystał. Po chwili wyszliśmy na łąkę, za którą było widać potężny wał przeciwlawinowy i dalej zabudowania Cervinii. Rano na szlaku spotkaliśmy tylko 2 osoby. Poszliśmy do sklepu po żywność i wodę.

Na naszej mapie nie było czasów przejść szlaków, a obawiałem się, że nie zdążymy przed zmrokiem na nocleg, więc wjechaliśmy kolejką górską na Plan Maison na wysokość około 2500 m, żeby oszczędzić sobie ciężkiej wspinaczki. W wagoniku razem z nami japońscy turyści niepierwszej młodości i grupa włoskich rowerzystów z profesjonalnym sprzętem. Z Plan Maison, poszliśmy wzdłuż jeziora de Goillet do przełęczy Cime Bianche (2980 m – najwyższy punkt w czasie całej wycieczki). Okazało się później, że szybciej doszlibyśmy na przełęcz z samej Cervinii. Na przełęczy siedzieliśmy do 15 i tam był czas na posiłek. Plan był taki, żeby do 18 dojść do szlaku w kierunku schronu Citta di Mariano. Z przełęczy prowadziły 2 szlaki, które potem się łączyły. Obojętne było więc którym z nich pójdziemy. Okazało się, że nie do końca obojętne. Wybrany prze mnie szlak był częściowo przysypany śniegiem i nie było widać znaków. Zgubiliśmy szlak. Szliśmy mniej więcej w dobrym kierunku wypatrując charakterystycznych punktów. Znalezienie i dojście do szlaku znowu zajęło nam trochę czasu.

Już z daleka był widoczny budynek schronu. Wyglądał jak żółta plama szarym tle skał. Jest położony nad przepaścią i dzięki barwie widoczny z daleka. Z przełęczy na wysokości 2980 m schodziliśmy do rozwidlenia szlaków na 2360 m, a do schronu z kolei musieliśmy podejść na 2844 m. Jednak rozwidlenia szlaków wciąż nie było, a 18 minęła. Plecy i ramiona bolały od plecaków, zmęczenie rosło. Sądziłem, że od rozwidlenia szlaków do schronu będzie ponad 2 godziny marszu. Było więc ryzyko, że nie dojdziemy do schronu przed zmrokiem. Rozważaliśmy już nawet spanie pod gołym niebem. W końcu jest drogowskaz: „Bivacco Citta di Mariano 1,5 h”. Co za ulga! Była 18.20, a 2,5 godziny później zachodziło słońce. Damy radę. Najpierw odpoczynek i zaczynamy wejście. Na początku dość wygodny szlak, końcówka po dużych kamieniach. W końcu doszliśmy, uff. Schron jest trochę większy od przedziału w wagonie sypialnym, ma 9 łóżek. Jest tu kuchenka gazowa, więc kolacja, kawa i spać. To był ciężki dzień. W pobliżu Cervinii spotykaliśmy turystów, za przełęczą tylko jednego i to z daleka.

Rano poszedłem na spacer w okolicach schronu. Jeziora będącego obok na mapie nie znalazłem. Planowałem pójść w stronę zaznaczonego na mapie pobliskiego lodowca, ale niestety najbliższy jęzor po prostu roztopił się. Przy schronie żerowały 2 młode koziorożce.

Rano było pochmurno, więc nie było widowiskowego wschodu słońca, jak dzień wcześniej. Ruszyliśmy przed 9, szybko się przejaśniło i zrobiło się gorąco. Schodziliśmy ze schronu do wsi St. Jacques, do której doszliśmy ok 12.30. W restauracji zapytaliśmy o drogę do najbliższego przystanku autobusowego. Pan pokazał drogę i za chwilę wybiegł za nami i wręczył nam rozkład jazdy. St. Jacques jest na wysokości około 1650 m, czyli zeszliśmy 1200 m w dół. Turystów niewielu, małe zachmurzenie. Poszliśmy na przystanek, najbliższy autobus o 14.20. Pojechaliśmy do Verres. Serpentyny, piękne widoki, mało ludzi. Z Verres udaliśmy się na kwaterę , której gospodarzami jest para Hiszpanów, od 1,5 roku mieszkająca w Dolinie Aosty. Porozumiewaliśmy się z nimi po angielsku. Spędziliśmy tam jeszcze 3 dni, zwiedzając okolicę, w tym Aostę. Wróciliśmy tak samo, jak przyjechaliśmy, po drodze jeszcze nocując w Bergamo.

Tekst i zdjęcia: DANIEL DEMPC

Może zainteresuje Cię:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *