Pułapka wolnych mediów. Dziennikarze ”przed orkiestrą”

wprost_2okladka_afera_podsluch_600

Pułapka wolnych mediów – korzystając wolności natychmiast komentujemy wszystko np. w mediach społecznościowych, a niekoniecznie jest to odpowiedzialne. Można by to nazwać wybieganiem” przed orkiestrę”. (…)Dziennikarze nie powinni być doradcami osób sprawujących władzę, a zachowują się jakby pełnili tę rolę albo nawet tak, jakby władza była w ich rękach. Myślę, że dochodzi do nadużycia dziennikarskich „uprawnień”. Zadaniem dziennikarzy nie jest rozstrzyganie w kwestiach politycznych, ale informowanie.

Rozmowa z prof. Teresą Sasińską-Klas – specjalistą z zakresu socjologii stosunków politycznych, teorii komunikowania masowego.

– Czy publikacja „Wprost” o podsłuchanych rozmowach w restauracji „Sowa i Przyjaciele” zrobiła na Pani wrażenie?

– Oczywiście. Zrobiła i jako na medioznawczy, i jako na politologu. Pokazuje daleko idącą mediatyzację polityki. Wszystko, co się dzieje w polityce i w sensie dodatnim i ujemnym natychmiast przenika do mediów, jeszcze zanim znajdzie swoje rozwiązanie. Problem może ujrzeć światło dzienne w mediach, jeszcze zanim odpowiednie instytucje zaczną się nim zajmować.

– W tym wypadku bez mediów jeszcze długo sprawa nie ujrzałaby światła dziennego, bo najwyraźniej bezkarne nagrywanie wysokich urzędników państwowych bez wiedzy służb trwało całymi miesiącami.

– W poniedziałek wypowiadali się dwaj aktorzy tej sprawy, czyli minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz oraz prezes NBP Marek Belka i ten pierwszy poinformował opinię publiczną, że takie nagrania były robione od kilku lat. Gdyby tak było, to znaczy, że proces nagrywania w Polsce ludzi na świeczniku jest bardzo zaawansowany i niebezpieczny.

– To ciekawe i wysoce niepokojące, ale w naszej rozmowie chciałbym ograniczyć się do medialnej strony tej sprawy. Nie chciałbym tu iść śladem premiera i sugerować, że nic strasznego się nie stało, bo materiał uważam za bardzo poważny i może dlatego uderzyła mnie łatwość z jaką w mediach społecznościowych komentowano nagrania. Robili to również dziennikarze i publicyści, i to w sobotę, jeszcze zanim „Wprost” upublicznił w Internecie pierwszy fragment nagrań. Czy podziela Pani moje obawy co do łatwości z jaką media wydają wyroki i idą w zawody z politykami, którzy zwykli komentować wydarzenia jeszcze zanim się wydarzą?

– To jest właśnie pułapka wolnych mediów, że korzystając z tej wolności natychmiast komentujemy wszystko np. w mediach społecznościowych, a niekoniecznie jest to odpowiedzialne. Można by to nazwać wybieganiem” przed orkiestrę”. Przecież problem podsłuchów musi znaleźć instytucjonalne, a nie dziennikarskie rozwiązanie. Dziennikarze nie powinni być doradcami osób sprawujących władzę, a zachowują się jakby pełnili tę rolę albo nawet tak, jakby władza była w ich rękach. Myślę, że dochodzi do nadużycia dziennikarskich „uprawnień”. Zadaniem dziennikarzy nie jest rozstrzyganie w kwestiach politycznych, ale informowanie.

– Jednak zaprotestuję. Gdyby nie ten dziennikarski „nacisk”…

– … ten skuteczny dziennikarski nacisk jest sygnałem, że działamy w systemie wolnych mediów, ale równocześnie ten nacisk trzeba interpretować i z drugiej strony. Czy to jest nacisk odpowiedzialny? Właśnie do tego mam zastrzeżenia.

– To, jak Pani ocenia relacjonowanie afery podsłuchowej w pozostałych mediach? Część dziennikarz skrytykowała swoich kolegów obecnych na poniedziałkowej konferencji prasowej premiera, że potraktowali szefa rządu zbyt łagodnie. Ktoś napisał: „Przy takich dziennikarzach Nixon rządziłby do dzisiaj!” To było oczywiście nawiązanie do afery Watergate.

– Dziennikarze nie zachowali się w tym wypadku jak profesjonaliści, którzy chcą zdobyć więcej informacji od premiera. Nie zadawali mu konkretnych i dociskających pytań, ale przyjmowali nieomal każdą odpowiedź premiera, zbytnio nie reagując na nią. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której jedni dziennikarze zamieniają się w blogerów, chociaż nie to jest ich rolą, a drudzy zamieniają się w słupy soli, dbając jedynie, by kamera i mikrofon zarejestrowały obraz i dźwięk. Gdzieś na końcu są ci właściwi dziennikarze, którzy pisząc o zjawisku wskazują na nietypowość sytuacji, starają się zbierać oraz weryfikować fakty i nie wyrokują, bo to nie dziennikarze mają wyrokować. Dziennikarze mają przytoczyć wyroki.

– Dziennikarze „Wprost” twierdzą, że sami nie wiedzą, kto i po co zrobił nagrania. Przyjmijmy, że tak jest…

– … naiwny czytelnik może przyjąć taką wersję, ale mniej naiwny zapewne jej nie przyjmie. Myślę, że dziennikarze powinni wiedzieć, co publikują i wiedzieć, czy pochodzi to z wiarygodnego źródła. Czy spotkanie miało miejsce i czy materiał nie jest zmontowany?. Dziś wiemy, że opisane sytuacje miały miejsce, ale w momencie publikacji nie było potwierdzenia dwóch głównych uczestników rozmów, że to oni brali w nich udział i wymieniali takie, a nie inne uwagi. To potwierdzenie uzyskaliśmy dopiero po publikacji.

– Czy, jeżeli nie znamy źródeł, w tym wypadku autorów nagrania, to, czy dziennikarz powinien publikować materiał, czy też nie, bo zachodzi obawa, że może staje się obiektem manipulacji nieznanych sił?

– W tym wypadku dziennikarze weszli w grę polityczną. Nawet bardzo aktywnie, tymczasem to nie jest ich rola. Powinni raczej zebrać jak najwięcej informacji, żeby uwiarygodnić zdobyte taśmy. Powinni przeprowadzić rzetelne śledztwo dziennikarskie. Tymczasem opublikowano przecieki i zaczęto wyrokować, jakie decyzje polityczne powinny zostać podjęte.

– No, ale nawet, jeśli te nagrania nie były wcześniej sprawdzone, to niech je teraz sprawdzają służby specjalne i prokuratura. Może opublikowano je przedwcześnie, ale mówią o sprawach poważnych. Jest podejrzenie, że mowa tam o niekonstytucyjnych działaniach konstytucyjnego ministra i szefa NBP, a może i premiera. Jest także podejrzenie, że b. minister złamał przepisy podatkowe, a inny b. minister dzięki swoim znajomością pomaga mu wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

– Tak, ale dziennikarze powinni sprawdzić te informacje, a oni je od razu upublicznili nie próbując sprawdzić, czy są prawdziwe, wiarygodne, rzetelnie im przekazane, kompletne, itd. W tym tkwi problem.

– Na Twitterze szybko pojawiły się wpisy dziennikarzy, że autorzy nagrań próbowali kontaktować się też z innymi mediami, ale te nie zdecydowały się na publikacje. Cezary Gmyz wymienił nawet z imienia „Rzeczpospolitą”. Czy to możliwe, by zrezygnowano z takiego tłustego kąska? Jeśli by to była prawda, to źle by świadczyło o polskich mediach.

– Wolałabym pominąć wypowiedź redaktora Gmyza z powodu jego emocjonalnego stosunku do redakcji „Rzeczpospolitej” z którą w przeszłości zawodowo był związany i sam jest bohaterem afery medialnej. Jednak rzeczywiście z tego, co wiemy z przekazów medialnych, to takie propozycje zostały skierowane do różnych redakcji i one zachowały się bardziej powściągliwie. Nie oznacza to, że nie pracowały nad tymi informacjami tylko może wykonywały to, o czym mówiłam, a co należy do istoty dziennikarstwa. Gromadzili i uwierzytelniali informacje. Natomiast „Wprost” puszczając w obieg informacje bez dostatecznego ich sprawdzenia niejako je autoryzuje, a tego redakcja robić nie powinna bez pełnego sprawdzenia faktów. Gdybyśmy się tu odnieśli do afery Watergate, to Bob Woodward i Carl Bernstein, zanim coś opublikowali na temat nadużyć administracji Prezydenta Richarda Nixona, to sprawdzali, sprawdzali i jeszcze raz sprawdzali i dopiero, kiedy uzyskali potwierdzenie informacji, to wtedy redakcja podjęła decyzję o druku.

– Tak, ale do końca nie wiedzieli, kim jest „Głębokie Gardło”, czyli ich informator. To się wyjaśniło dopiero po wielu latach.

– Tak, ale oni na własną rękę sprawdzili informacje, które on im przekazał. Dzięki przeprowadzonemu przez nich dziennikarskiemu śledztwu zebrali jeszcze więcej materiału, niż tylko ten przekazany im przez informatora na parkingu podziemnym budynku Watergate, czyli siedzibie sztabu wyborczego Partii Demokratycznej w Waszyngtonie. To ich śledztwo potwierdziło łamanie prawa przez administrację Nixona i doprowadziło do ustąpienia prezydenta. I to jest istotna różnica pomiędzy tym, co dziennikarsko zrobiła redakcja „Wprost” a tym, jak zachowali się redaktorzy prowadzący, czyli sternicy w zakresie informacji w redakcji „The Washington Post” w 1972r.

Rozmawiał: Andrzej Kaczmarczyk (sdp.pl)

* * *

Prof. Teresa Sasińska-Klas z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagielońskiego. Specjalista z zakresu socjologii stosunków politycznych, teorii komunikowania masowego, a szczególnie relacji: media a polityka w procesie transformacji systemowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Prowadzi badania naukowe z zakresu: zastosowania nowych mediów w procesie komunikacji publicznej (kierownik tematu).

Prof. Teresa Sasińska-Klas jest członkiem Polskiego Towarzystwa Socjologicznego i Komisji Prasoznawczej przy Oddziale PAN w Krakowie, Sekretarzem Generalnym East-Central European Network for Educators in Journalism and Mass Media, członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. W 1999 r. dyrektor Polish Academic Information Center w State University of New York at Buffalo. W latach 1998-2003 przez dwie kadencje pełniła funkcję dyrektora Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej.

 

Może zainteresuje Cię:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *