Muzyka jest po to, żeby się nią bawić

POMORZE. – Kiedyś już myślałem, że wyżej czterdziestki nie podskoczę. A tu mam zapisanych w kalendarzu sporo koncertów i przerwy nijak nie mogę zrobić – powiedział dwa lata temu Zbigniew Wodecki w wywiadzie z Jerzym Uklejewskim („Twoja Gazeta”). –  Choć mam już 65 lat, dmucham jeszcze w tę trąbkę. Śpiewam, współpracuję z młodszymi ode mnie. Odnoszę takie wrażenie, że ludzie są autentycznie tymi moimi koncertami zainteresowani. Czuję, że nie chcą abym już kończył estradowe popisy (śmiech).

Ze Zbigniewem Wodeckim, instrumentalistą, wokalistą, kompozytorem rozmawia Jerzy Uklejewski

„Chałupy Welcome To”, „Pszczółka Maja”, „Zacznij od Bacha”… to identyfikatory Zbigniewa Wodeckiego, to największe jego przeboje. Ma ich więcej. Na jego muzycznych albumach są też takie piosenki, które nie stały się przebojami a mogłyby być jak np. utwory z albumu wydanego w 1976 roku. Ukazała się teraz koncertowa płyta tego albumu; raz jeszcze Z. Wodecki oraz Mitch & Mitch Orchestra pieczołowicie wykonali 14 utworów sprzed blisko 40 lat.

– Zbigniew Wodecki, król polskiej estrady, tak tytułuje pana TVP2, czuje się pan tym królem?

– Pokornie wszystkich informuję, wcale się nie czuję królem, jeżeli chodzi o grzywę na wzór lwa, króla zwierząt, to ewentualnie. Uważam, że są osoby, które mają większe zasługi dla polskiej estrady.

– Muzyczną karierę rozpoczął pan jako muzyk instrumentalista: skrzypce, trąbka…

– Od razu podkreślam; jestem skrzypkiem natomiast na trąbce to ja gram i tu są lepsi ode mnie. Tak samo z fortepianem, gram… i tu też są o wiele lepsi ode mnie. Gram na tyle na ile jest to mi potrzebne by zaaranżować swoją kompozycję.

– Skrzypkiem był pan w zespole Anava w którym śpiewał Marek Grechuta, akompaniował pan Ewie Demarczyk…

– Tak jest, ale to wszystko było moją uboczną działalnością. Żeby skrzypkiem być, to musiałem ćwiczyć, grać a na dyplomie zagrać koncert a-dur Karłowicza.

– Tak na marginesie tej rozmowy, ma pan jakieś kontakty ze znakomitą Ewą Demarczyk?

– Nie, Ewa jak zamknęła się w sobie tak w tym trwa i nie chce mieć kontaktu nawet z tymi, z którymi wiele lat temu współpracowała. Nie wiem dlaczego, ale trzeba jej postawę uszanować. Dzięki Ewie Demarczyk poznałem kawał świata, bardzo dużo się nauczyłem. Występowaliśmy na największych estradach grając dla najbogatszej publiczności na świecie, że wspomnę występy w Zurychu, Genewie, paryskiej „Olimpii”. Przychodzili tam ludzie by zobaczyć i podziwiać „Czarnego Anioła” zza żelaznej kurtyny, który rzucał ich na kolana. A ja stałem obok tego „Anioła” i grałem na skrzypcach kompozycje m.in. Zaryckiego, Koniecznego.

– A co sprawiło, że zwyciężył mikrofon, że został pan piosenkarzem?

– Może chęć popisywania się. Zacząłem śpiewać piosenki, bo chciałem pokazać to, co czuję muzycznie natomiast nigdy nie chciałem być tylko piosenkarzem. Zupełnie innej muzyki się uczyłem, zupełnie inne miałem muzyczne ambicje, zupełnie inne wymagania były w stosunku do mnie. Musiałem pięknie zagrać koncert Wieniawskiego, Meldensona, Czajkowskiego, zagrać parę Kaprysów Paganiniego… tego ode mnie wymagano. Przypadkiem wysłano mnie na Międzynarodowy Festiwal Piosenki do Rostocku nie jako instrumentalistę ale wokalistę, tam też przyznano mi trzy główne nagrody. Oczywiście byłem mile zaskoczony, co też spowodowało, że zacząłem sam sobie pisać piosenki. Skomponowałem kilka utworów, które też zostały wyróżnione głównymi nagrodami. I tak to się u mnie rozwijało, i tak to zostało. Ale w dalszym ciągu czuję się muzykiem, można powiedzieć, jestem skrzypkiem śpiewającym.

– 6 maja stuknęło panu 65 lat, piękny, jubileuszowy wiek, a ile lat jest pan na estradzie?

– Trudno powiedzieć, bo nie wiadomo, jak tu liczyć. Czy od mojego pierwszego występu w Opolu jako piosenkarza, a było to bodajże w 1972 roku. Czy kilka lat wcześniej w tym samym Opolu gdy występowałem po raz pierwszy jako skrzypek w zespole Anawa. Czy jeszcze wcześniej, kiedy ucząc się jeszcze w szkole muzycznej, jeździłem już z zespołami kameralnymi na koncerty i występowałem w porządnych filharmonicznych salach w Wiedniu, Budapeszcie. Nie wiem…

– W pana wieku powinno się już być dziadkiem!

– Tak jest i mam już piątkę wnuków, w wieku od 7 do 14 lat!

– Sporo dzieci znanych nam piosenkarzy poszło w ich ślady, że wymienię tu tylko Natalię Kukulską, braci Cugowskich, Mikę Urbaniak, Anię Rusowicz. A pana dzieci wykazały zainteresowanie estradą?

– Nie, moje dzieci mają już po 40 lat i estrada jako miejsce pracy w ogóle ich nie interesowała. Też pokochały zawodową wolność i w rodzinnym Krakowie uprawiają wolne zawody. Katarzyna porusza się między projektowaniem wnętrz a produkcją filmów, Joanna jest charakteryzatorką, Paweł fizjoterapeutą. Ale zadbałem o to by miały muzyczne wykształcenie. Tak i one zadbały by ich dzieci, a moje wnuki ukończyły szkoły muzyczne.

– Bycie muzykiem, śpiewającym skrzypkiem, to dobry zawód?

– To jest zawód wymagający bardzo grubej skóry, tak jak u polityka., bo trzeba umieć się rozpychać. Głównie trzeba mieć jednak sporo szczęścia i nie można się załamywać. Niekiedy osoby wrażliwe, bardzo zdolne marnie kończą.

– Pana pierwszy studyjny album ukazał się w 1976 roku i zatytułowany był po prostu „Zbigniew Wodecki”. I teraz mamy tę samą płytę, która ukazała się pod nazwą: Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir „1976: A Space Odyssey”. Wtedy zapomniana, teraz jest sukcesem.

– Tak, dokładnie. Po 40 latach musiałem przypomnieć sobie, a niekiedy wręcz nauczyć się jeszcze raz tekstów piosenek z tej pierwszej mojej płyty.

– Co pana pokusiło by wrócić do tak dalekiej w czasie pana twórczości?

– Przypadkiem ktoś tę płytę usłyszał i powiedział o tej płycie Maciowi Moriettiemu, jednemu z liderów zespołu Mitch & Mitch. I bardzo im się spodobało to co na tej mojej pierwszej płycie zostało utrwalone. Zaczęli po prostu bawić się utworami, które kiedyś nagrałem. Z tej ich zabawy powstało fantastyczne widowisko, które przenosi się ze sceny na widownię, a ludzie to podchwytują i też wspaniale się bawią. Tak było np. na Off Festiwalu w Katowicach gdzie ta muzyka przed kilkutysięczną widownią nie tylko się obroniła, ale i odniosła sukces.

– Może przybliży pan nam grupę muzyków, która występuje pod nazwą Mitch & Mitch.

– To jest tak tajemnicza 7 – 9 osobowa grupa, że ja wiele o nich nie wiem. To są ludzie, którzy tworzą fantastyczny zespół. Jeden z nich jest profesorem, uczy gry na perkusji w Akademii Muzycznej inny uczy gry na oboju… Na pewno to odjazdowi ludzie, zakręceni na punkcie muzyki. Nie wiem czy to bracia czy rodzina, to luzacy, spokojni, w ogóle nie zestresowani ludzi (śmiech). To oni mnie nauczyli, że muzyka jest po to żeby się nią bawić. Bo ja byłem uczony by się popisywać, by zagrać na piątkę, dostać wyróżnienie, być zawsze najlepszym.

– Z przyjemnością posłuchałem pana płyty sprzed prawie 40 lat. Nie tylko przypomniałem sobie dawne pana utwory ale rzeczywiście znakomity jest ten zespół, który tak jak pan mówi, po prostu bawi się muzyką.

– Lider tej grupy, to taki polski Frank Zappa, on doskonale potrafi sterować widownią i jednocześnie grać na basie. Mało tego, oni wszystko grają na pamięć a przy tym po prostu fajnie się bawią; nienachalnie, elegancko, mają wspaniałe muzyczne umiejętności. Oni się nie popisują, oni się bawią! Tam jest mało efekciarstwa a wszystko jest efektowne i ile w tym jest radości!

– Na tej płycie jest kilka utworów, które stają się hitami (tak jak „Rzuć to wszystko co złe”), ale w zasadzie tylko utwór „Opowiadaj mi tak” jest takim rozpoznawalnym pana przebojem. Pamięta pan historię powstania tego utworu?

– Pamiętam, byłem na Mazurach na jednej z moich pierwszych tras koncertowych. Pech chciał, że dopadła mnie angina i między koncertami starałem się leżeć i kurować. No i tak leżałem sobie i słuchałem muzyki z jakieś kasety magnetofonowej, a na kasecie prezentował się amerykański zespół Tower of Power pochodzący z Oakland z Kalifornii. Początek jednego z ich utworów bardzo mi się spodobał i zainspirował mnie do zrobienia czegoś podobnego. No i zrobiłem, ale to nie jest plagiat, ma zupełnie inną linię melodyczna, ale jest w klimacie tego co usłyszałem na kasecie. Piosenką „Opowiadaj mi tak” rozpoczynam każdy mój koncert, to jest dobry numer na wejście, podczas którego również gram dość wysoko na trąbce.

– W koncertowym zapisie na DVD, przyznaje się pan, do pomyłki w utworze „Panny mego dziadka”. Często zdarza się, że stoi pan przed publicznością, a tu teksty się mylą, pustka w głowie, a potem zostaje tylko improwizowanie?

– Bywa tak. Gdy byłem młodym początkującym muzykiem nigdy do tekstu dużej wagi nie przywiązywałem. Najważniejszy był dla mnie aranż, brzmienie.

– W dorobku ma pan sporo piosenek rozpoznawalnych, które są pana etykietą i za to fani pana lubią; za „Maję”, za „Chałupy”, za to że zaczął pan od Bacha, że ze Zdzisławą Sośnicką chciał pan oglądać świat, a z Ireną Santor zatańczył walca „Embarras”.

– Udało mi się nagrać kilka piosenek, które do dzisiaj są przebojami. Ludzie przychodzą na moje koncerty żeby też cofnąć się w czasie, posłuchać przebojów sprzed lat, no i pomagam im w tym przypominając te swoje starsze piosenki.

– Chciałbym też posłuchać pana w nowych piosenkach, kiedy możemy spodziewać się nowej płyty z nowymi utworami?

– Zapraszam na moje koncerty, tam śpiewam nie tylko swoje znane przeboje również prezentuję utwory mało znane z tekstami Janka Wołka, które nie są jeszcze nagrane na płycie. Ostatnią płytę z Jankiem zrobiłem 5 lat temu i nie przeczę, ostatnio nie chce mi się nagrywać nic nowego.

– Ma pan swoich wiernych fanów, którzy np. zrzeszeni są w Fan Cluby albo takich jak np. Maryla Rodowicz ma fanów wśród księży, a jeden z nich wymyślił i prowadzi stronę internetową poświęconą piosenkarce.

– Może i coś tam jest, nie siedzę w internecie, nie czytam żadnych facebooków, po prostu nie umiem w to wchodzić. W ogóle się tym nie interesuję bo i też na to nie mam czasu. Ale wiem, że jest kilka osób, które mają, rzec można, pokój mojej pamięci m.in. Kasia Kabat, Włodek Patorski, w Kamiennej Górze jest Beatka z rodziną. Oni są moimi wiernymi fanami. Tych fanów jest sporo, co też z jednej strony mnie cieszy i głaszcze moją próżność z drugiej strony bardzo mnie peszy i jestem tym nieco zażenowany.

– Jak zmienił się polski show biznes, jeżeli porówna pan ten z okresu „Chałupy Welcome” z dzisiejszym?

– Teraz jest tak, że jest więcej biznesu niż show. Kiedyś trzeba było coś porządnego zaprezentować żeby zarobić a teraz robi się byle co żeby zarobić a potem ten show bywa tak komercyjny że niekiedy aż zęby bolą.

– Wracam jeszcze do pana wieku. Stoczniowiec w tym wieku jest już na emeryturze a czy pojawia się u pana gdzieś z tyłu głowy ta świadomość, że przyjdzie panu zakończyć działalność estradową i przejść na zasłużony odpoczynek?

– Kiedyś już myślałem, że wyżej czterdziestki nie podskoczę. A tu mam zapisanych w kalendarzu sporo koncertów i przerwy nijak nie mogę zrobić. Choć mam już 65 lat dmucham jeszcze w tę trąbkę. Śpiewam, współpracuję z młodszymi ode mnie. Odnoszę takie wrażenie, że ludzie są autentycznie tymi moimi koncertami zainteresowani. Czuję, że nie chcą abym już kończył estradowe popisy (śmiech). To o czymś świadczy i te 40 lat na estradzie nie jest stracone, że utwory, które śpiewam przypominają im czasy, kiedy słońce jaśniej świeciło, nie było komórek, nie było internetu, jadło się parówki z mięsa, a mleko piło się prosto od krowy.

– No to życzę jeszcze lat wielu na polskiej estradzie. Dziękuję za rozmowę

– Ja również dziękuję i zapraszam na moje koncerty.

Wywiad został przeprowadzony w lipcu 2015 r. Ukazał się w „Twojej Gazecie”.

Może zainteresuje Cię:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *