Fułek: Wolne media? Cenzurę instytucjonalną zastąpiła autocenzura i „naciski”

riviera-a-400x266
W MEDIACH. – Znam rzesze takich, którzy tępią każdego dziennikarza i medium, które wypowiada się na ich temat choćby z dyskretną krytyczną nutką – twierdzi Wojciech Fułek (w blogu Radia Gdańsk). – Znam takich, którzy regularnie wydzwaniają do redaktorów naczelnych z pretensjami, dotyczącymi tekstów na swój temat. Znam nawet takich, którzy podrzucali mediom sfabrykowane, nieprawdziwe informacje na temat swoich konkurentów (politycznych czy biznesowych), domagając się ich opublikowania. I dopinali swego!
Może warto propagować i promować takie wydawnictwa, które nie idą na „układy” i tropią wszelkie nieprawidłowości oraz piętnują „sieć uzależnień”, niezależnie od konsekwencji.
Ostatnio sopocką „Rivierę” (wydawaną w formie papierowej i internetowej przez Krzysztofa M. Załuskiego) za aktywność (i niezłomność w ujawnianiu nieprawidłowości w sopockim magistracie kierowanym przez prezydenta Jacka Karnowskiego – przy. red.) uhonorowano specjalnym wyróżnieniem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i była ona jedynym pomorskim pismem w gronie nagrodzonych.
Wolne media?
Kiedy w mrocznych latach stanu wojennego, tworzyliśmy z grupą trójmiejskich przyjaciół kolejne podziemne pisemka (najpierw „CDN”, później „Przegląd Polityczny”), wydawało mi się, że nasza działalność nie tylko ma sens, ale kiedyś otworzy drogę do mediów wolnych nie tylko od cenzury, ale również politycznych, ekonomicznych czy obyczajowych wpływów.
Dołożyliśmy na pewno swoją niewielką cegiełkę do budowaniu gmachu wolności słowa. I kiedy ta upragniona wolność w końcu przyszła, nie do końca wiedzieliśmy, co z nią zrobić. Cenzurę instytucjonalną zastąpiła autocenzura i wszelkie formy nacisku. Niby wolno pisać dziś o wszystkim i bez żadnych, widocznych ograniczeń, a dziennikarze przyczyniali się do spektakularnych upadków wielu osób, a nawet rządów, ale mam wrażenie, że zasada ta jeszcze jakoś się sprawdza w mediach ogólnopolskich, to na poziomie lokalnym bywa już chyba znacznie gorzej.
Nie mam na potwierdzenie swojej tezy żadnych wiarygodnych badań, bo też chyba nikt nie byłby ich w stanie realnie przeprowadzić. Ale mam nieodparte wrażenie, że poziom uzależnienia lokalnych mediów w ostatnich latach znacznie wzrósł. Jeśli jednak zarobki dziennikarzy i sukces komercyjny lokalnej gazety, radia czy portalu uzależnione są – bo jakżeby inaczej – od wpływów reklamowych, to uwikłanie się wydawcy w biznesowy romans z samorządowymi władzami zawsze niemal kończy się tak samo. Odwołując się do starego porzekadła: „nie można kąsać karmiącej ręki”.
Jeśli jest to tylko pewna wstrzemięźliwość słowna i ostrożność w zachowaniu pewnego dystansu do opisywanego lokalnego świata – to pół biedy. Najczęściej jednak taki romans kończy się nie tylko biznesowym ale i towarzyskim układem, który przynosi wymierne profity obu stronom. Oczywiście, im silniejszy jest medialny partner (telewizja, radio, tygodnik, dziennik, portal), tym łatwiej mu bronić swojej niezależności, ale sprawny polityk czy biznesmen ma też swoje własne dojścia i wypróbowane formy wpływu czy nacisku.
Mój przyjaciel, właściciel dużej firmy, stwierdził, że opozycyjna prasa jest potrzebna każdemu, aby można się było w niej przejrzeć, jak w lustrze i wyciągać odpowiednie wnioski. Wygląda na to, że mój przyjaciel jest idealistą, bowiem nie znam wielu osób, które lubią czytać o sobie i swoich działaniach krytyczne opinie. Znam natomiast rzesze takich, którzy tępią każdą informację, każdego dziennikarza i każde medium, które wypowiada się na ich temat choćby z dyskretną krytyczną nutką. Znam też takich, którzy regularnie wydzwaniają do redaktorów naczelnych (bo nie chcą zniżać się do poziomu szeregowych dziennikarzy) z pretensjami, dotyczącymi tekstów na swój temat albo zbyt widocznej – oczywiście ich zdaniem – obecności politycznej konkurencji na ich łamach. Znam w końcu nawet takich, którzy podrzucali mediom sfabrykowane, nieprawdziwe informacje na temat swoich konkurentów (politycznych czy biznesowych), domagając się ich opublikowania. I dopinali swego!
Oczywiście, nie ma praktycznie możliwości ograniczenia różnego rodzaju finansowego „wsparcia” reklamowego dla mediów przez regionalnych i lokalnych (jak również centralnych) dysponentów publicznych pieniędzy, ale może warto za to propagować i promować takie wydawnictwa, które nie idą na „układy” i tropią wszelkie nieprawidłowości oraz piętnują „sieć uzależnień”, niezależnie od konsekwencji. Nic więc dziwnego, że wiele takich medialnych inicjatyw ma zawsze – ze świadomego wyboru – pod górkę, skoro zdarza się, że lokalny kacyk (lub ktoś w jego imieniu) dociera do reklamodawców, skutecznie zniechęcając ich do współpracy z niesprzyjającym mu pismem.
Może warto zatem pomyśleć nie tylko o symbolicznych nagrodach i wyróżnieniach dla lokalnych mediów (tak, jak zdarzyło się to ostatnio sopockiej „Rivierze”, której aktywność uhonorowano specjalnym wyróżnieniem przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i była ona jedynym pomorskim pismem w gronie nagrodzonych), ale o jakiejś realnej formie wspierania autentycznie niezależnych mediów, nie uwieszonych u żadnej politycznej czy samorządowej klamki. Mają one bowiem zdecydowanie mniejsze możliwości od innych – tych „pokorniejszych” i podatnych na sugestie mocodawców – pozyskania funduszy na swój rozwój i codzienną działalność. A pełnią one przecież w każdym demokratycznym państwie niezwykle ważną rolę i nie tylko są potrzebne, ale wręcz niezbędne dla czystości życia publicznego, zwłaszcza na poziomie naszych małych ojczyzn.
Wojciech Fułek

(źródło: fulek.radiogdansk.pl)

Może zainteresuje Cię:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *