Dyrektor Telewizji może decydować jedynie o… kolorze papieru toaletowego

MEDIA. Niewiele przesadzę jeśli powiem, że dyrektorzy regionalnych stacji telewizyjnych decydować mogą w pełni jedynie o… kolorze papieru toaletowego. Oni w rozmowach prywatnych mówią zawsze to samo: nic nie możemy zrobić. Pieniądze idą do Warszawy i dopiero potem są nam łaskawie dawkowane 0 czytamy w felietonie Stefana Truszczyńskiego. 

O tym, co zobaczą prowincjusze we Wrocławiu, Szczecinie, Śremie  i Pcimiu decyduje WORONICZA!

Mordę w kubeł dyrektorki z Rzeszowa, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Zielonej Góry, ze Szczecina, Koszalina, Gdańska, Bydgoszczy, Łodzi, Poznania, Kielc, Lublina, Białegostoku, Olsztyna a i z „warszawki” naszej kochanej.

Dlaczego Warszawy nie stać na własną pełnowymiarową  poświęconą wielomilionowej aglomeracji publiczną telewizję. Bo przecież to co ma, to jest jedynie ogryzek. A jeszcze przed dwudziestoma pięcioma laty miała i to całodobową – nazywało się to kanał 51. Urwany został Rosjanom, pardon – wynegocjowane przez słusznej postury i poglądów ówczesnego przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, obecnie wpływowego i szanowanego mecenasa Marka Markiewicza.

A teraz jak jest? Ma być jeden decydent – to Warsaw, Varsovie, Warschau – a konkretnie Woronicza. O wszystkim decyduje centrala – kierowana oczywiście przez partie, partyjki. Wciskają także swoje trzy grosze „służący” – czyli ministrowie rządu, wymieniający się co jakiś czas choć działający nadal na tych samych zasadach. Oj biedny, biedny taki teraz prezes Jacek kurski, który raz się podoba a za chwilę już nie. Zresztą może i dobrze, że jego faktyczny zwierzchnik pan Krzysztof Czabański zmienia zdaje się zdanie na temat swojego niedawno jeszcze protegowanego. Kurski zwalniany i przywracany na stanowisko na przemian może rzeczywiście stracić rozeznanie czego tak naprawdę od niego oczekują.

Ale wróćmy do telewizji regionalnych.

Na dwa miesiące przed kolejnymi wyborami rozpoczną się publiczne, reklamowe przedstawiania kandydatów na mandaty. I to bardzo źle, że dopiero wtedy. Dlaczego każda władza nie chce powierzyć tego zadania telewizji publicznej dużo wcześniej. Przecież można by dzięki długiej i pełnowartościowej kampanii pokazać Polsce jakich naprawdę wspaniałych ma ludzi. Właśnie w tak zwanym terenie, nazywanym obraźliwie prowincją. Ludzi nowych. Nieskażonych jeszcze zarozumialstwem władzy.

We własnych programach telewizji lokalnych, które teraz mają zaledwie po trzy cztery godziny dzienne tego się nie robi. Dyrektorzy tych telewizji płaczą, że nie mają pieniędzy, możliwości decydowania o czymkolwiek. Mówią, że Warszawa żąda pełnej władzy, że nie pozwala zarabiać im na ich terenie tyle ile by mogli gdyby mogli decydować jak prawdziwi dyrektorzy firm. A przecież te ich małe królestwa są czasem większe niż niektóre europejskie kraje. Mieszkańcy – potencjalni telewidzowie – to czasem po kilka milionów ludzi. Gdyby telewizja lokalna była naprawdę ich telewizją mieliby do niej przyjacielski stosunek, po prostu by ją oglądali. A tak, to oglądalność telewizji regionalnych jest czasem mniejsza niż działającej na danym terenie prywatnej stacji. Duża w tym wina ludzi wyznaczonych na te stanowiska. Wyznaczono ich bowiem kierując się partyjnymi interesami. Tak jak to robiono zawsze. Konkursy to tradycyjnie w TVP zarówno ogólnopolskim jak i regionalnych stacjach to po porostu zwykła lipa. Nominacja zależała i zależy od konsensusu partyjnego. Niewiele przesadzę jeśli powiem, że dyrektorzy regionalnych stacji to decydować mogą w pełni jedynie o kolorze papieru toaletowego. Oni w rozmowach prywatnych mówią zawsze to samo: nic nie możemy zrobić. Pieniądze idą do Warszawy i dopiero potem są nam łaskawie dawkowane.  Dlaczego nie pozostawić całej sumy z reklam i od sponsorów w tej stacji, która te pieniądze zarobi lub pozyska.

Zazdrość Warszawy to obawa urwania się z łańcucha przez nie tylko lokalnych dziennikarzy ale i społeczność miejscową. Dyrektorzy lokalni muszą wdzięczyć się i grzecznie prosić, naiwnie liczą na łaskę centrali. Oczywiście skutek jest jedyny – zawsze w zależności od humoru i widzimisię bubek z centrali może odwołać decydenta lokalnego, bo po prostu przestanie mu się podobać. Powód się znajdzie. Dlaczego nie jest tak, że mianowanie łączy się z kompetencjami prawdziwymi: – Mianuje cię dyrektorem ośrodka telewizyjnego – rzecze kurskopodobny – masz tyle a tyle forsy, dobierz sobie ludzi, zarabiaj, walcz, sam decydujesz o programie. Oto marzenie niestety niespełnione jak dotychczas ani na trochę.

Jeżdżą za to dyrektorzy do stolicy nie wiadomo po co – bo można by to zastąpić korespondencją mailową. Ale władza lubi się przypominać. Ta władza i tak od czasu do czasu wylatuje. Niestety następni wcale nie są lepsi. Usłyszane ostatnio narzekania Krzysztofa Czabańskiego na Jacka Kurskiego być może też coś tam poprzedza. Ale czy w ogóle w obecnej konfiguracji jakiekolwiek zmiany pojedynczego człowieka mogą przynieść pożyteczny skutek?

W epoce pijackiej komuny taki skrytykowany prezes natychmiast poszedłby do „Kaprysu” (była taka stołówka w telewizji na Woronicza, która chwilami zamieniała się w bar dla vipów miejscowych i ich gości) – no i zalewał robaka. Ale to już nie te czasy. Pijaństwo dziś nie uchodzi – chyba, że pokątnie. Pijaństwo jest dla tłumów lemingów przewalających się nocą przez rejon Nowy Świat – Foksal – Chmielna. Poją tam wódę nawet za 2 zł za kieliszek. Piją głównie podstarzałe nastolatki. Kto tego nie widział nich pójdzie sobie na koniec dnia i zobaczy. To lepsze niż wizyta w zoo. Na rogu z ulicą Smolną jest jeszcze stylowa apteka. Ale i ona wkrótce stanie się barem. Alkohol. Tani i niszczący społeczeństwo. Bo wiadomo – „bar wzięty”.

Takie centra do chlania są w każdym mieście. Również dla pocieszenia wyrzuconych dyrektorów. Gdy są nominowani są szczęśliwi, ale wiadomo, że wyżej nerek nie podskoczą. Kasa leci i wtedy się słucha zwierzchników. Fakt, że na ogół zwierzchnicy wyrzucając delikwenta mówią mu: a co ty facecie właściwie zrobiłeś, owszem byłeś grzeczny ale nic samemu nie wymyśliłeś. I tak tchórzostwo obraca się przeciwko tym, którzy mają nadzieję, że przeleżą na synekurze jak najdłużej. To nie jest dylemat dyrektorów prywatnych stacji radiowych, telewizyjnych i teatrów. Oni jeśli nie zarobią pieniędzy po prostu padną. Jeśli nie znajdą reklamodawców, sponsorów – padną. Oni nie mają pieniędzy z abonamentu. Zresztą jeśli medialne władze swoją politykę abonamentową prowadzić będą tak jak dotychczas – zastrzyk abonamentowy również się skończy.

Stefan Truszczyński

06.12.2016

(źródło: sdp.pl)

Może zainteresuje Cię:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *