Człowiek z pasją. Krakowski poeta z Gdańska

JANOCKI Waclaw IMG_8143

GDAŃSK. Sceneria przywodząca na myśl piekło. Temperatura sięgająca blisko 50°C, naokoło tylko pustynia i buchające z niej ogromne języki ognia. Tęsknota za oddalonym o tysiące kilometrów domem – to wszystko skłoniło Wacława Janockiego do napisania pierwszego wiersza. Tak powstały „Płomienie pustyni”.

W 1989 roku Wacław Janocki wyjechał na roczny kontrakt do Iraku. Przed wyjazdem kłębiły się w nim mieszane uczucia – z jednej strony czuł, że jest to szansa przeżycia niesamowitej przygody, a z drugiej, obawiał się rozłąki z rodziną. Zwłaszcza w tak trudnym momencie, kiedy narodziła się jego pierwsza wnuczka, a odeszła mama. Postanowił jednak nie odrzucać takiej propozycji i wyruszył w podróż życia. Na miejscu cieszył się, że może poznać kulturę ludzi z innego kraju, oglądać nieznane dotąd krajobrazy, nawiązywać nowe znajomości i uczyć się języka, ale tęsknił…

Inspiracje

Pierwszy wiersz napisał natchniony rozmyślaniami o rodzinie i widokiem pustynnego, rozognionego pejzażu. Naokoło obozu polskich pracowników w Iraku znajdowały się odwierty. Były one odpowiednio zabezpieczone i aby nie doszło do wybuchu, stopniowo upuszczano z nich gaz, który następnie podpalano. – Tworzyło to na powierzchni spektakularne, ogniste pochodnie – wspomina Wacław. – Płonęły one nieustannie, a szczególnie wrażenie wywoływały w nocy. Temperaturę płomieni czuć było z dużej odległości, towarzyszył jej ogromny huk, powodowany dużym ciśnieniem. Słychać było głosy z głębi ziemi. Niebo, rozświetlone w nocy na pomarańczowo, wyglądało jakby samo płonęło. Wtedy narodziła się moja pasja i tak od 26 lat piszę wiersze.

Wacław już w szkole interesował się poezją. Czytał dużo wierszy, sięgał po różnych autorów, ale do tamtego momentu nigdy nie pokusił się o spróbowanie swoich sił, przelewając rymy na papier. Dziś ma na koncie kilkadziesiąt utworów. Pisze z potrzeby serca, ale także żeby ćwiczyć umysł i wyobraźnię. Często stają się one podarunkami dla bliskich, prezentami na różne okazję. – Najbardziej cieszę się, kiedy moje teksty sprawiają komuś przyjemność – mówi Wacław. – Gdy ktoś przyznaje, że moje wiersze dostarczyły mu radości, wzruszeń, po prostu – że się podobały, to jest dla mnie najważniejsze.

Długi czas Wacław pisał tylko do szuflady – nikomu nie chwalił się tym, co robi. Kiedy pierwszy raz pokazał rodzinie swoje prace, wszyscy byli zaskoczeni, ale szczęśliwi – nie spodziewali się, że ma on taką wrażliwą stronę. Dziś nikogo już to nie dziwi. Od domowego poety stał się bowiem założycielem koła literacko-poetyckiego, które działa w ramach stowarzyszenia „Nasz Gdańsk”.

Gdańszczanin z Krakowa

Stowarzyszenie „Nasz Gdańsk” stawia sobie za cel głównie przybliżenie i ocalenie od zapomnienia historii Gdańska, zachowanie w pamięci niektórych miejsc i wydarzeń z nim związanych, uchylenie rąbka tajemny tego miasta. Z tym też wiąże się druga pasja Wacława. Członkiem wspomnianej organizacji został z miłości do miejsca w którym mieszka. Można by pomyśleć, że stąd pochodzi, to jednak nie będzie prawdą – urodził się bowiem w Krakowie. – Większość życia spędziłem w Gdańsku, ale moim rodzinnym miastem jest Kraków – nie umiem jednak powiedzieć, które z tych miejsc kocham bardziej – wyznaje Wacław.

Kraków i Bolesławiec, z którym też jest związany, często odwiedza z pomocą internetu – śledzi widoki z kamer transmitujących obraz na żywo. W Gdańsku lubi spacerować nad Motławą, po Wyspie Spichrzów i ulicą Długą. Fascynacją tym miastem zaraziła go jego żona, Maria. – Ona od zawsze uwielbiała morze – przyznaje. – Mieszkając jeszcze na południu, często przyjeżdżaliśmy tu na wczasy. Pewnego dnia podjęliśmy decyzję o przeprowadzce i nie wyobrażaliśmy sobie, że możemy wybrać inny punkt na mapie.

Początki nowego

W ten sposób oboje rozpoczęli nowe życie. 1 lutego 1976 roku Wacław trafił do Rafinerii Nafty „Gdańsk” w Budowie. Zaczął pracować tam na stanowiska elektryka obchodowego przy utrzymaniu ruchu elektrycznego. Zmieniały się nazwy firmy – później były to Gdańskie Zakłady Rafineryjne, Rafineria Gdańska, aż wreszcie Grupa LOTOS. Po jej restrukturyzacji Wacław został pracownikiem LOTOS Serwisu. Dookoła zmieniali się ludzie, sytuacja firmy, zakład się rozwijał, a on trwał cały czas w tym samym miejscu i wykonywał swoje obowiązki. Tak przez 39 lat.

Z biegiem czasu powstawały nowe instalacje, technika niesamowicie się rozwinęła. Mimo tych zmian, ogólny charakter pracy Wacława Janockiego pozostał taki sam – w dalszym ciągu jego głównym zadaniem było opiekowanie się krwioobiegiem rafinerii, jakim jest elektryczność. Wraz z kolegami dbał o to, żeby ta krew rafinerii krążyła bez zarzutu.

Cieszę się, że przez ten kawał mojego życia mogłem współpracować z naprawdę fajnymi ludźmi – mówi Wacław. – Przeżywaliśmy miłe chwile, jak na przykład wspólne wycieczki, i ciężkie czasy, jak stan wojenny. Przez te wszystkie lata, bardzo przywiązałem się do tego zakładu i po odejściu na emeryturę nie chciałbym się izolować od LOTOSU. Cały czas chciałbym mieć kontakt z firmą.

Prima aprilis, ale to nie żarty

A emerytura już za pasem – prima aprilis będzie pierwszym jej dniem. – Widocznie jest to gdzieś zapisane, że ważne momenty w moim życiu dzieją się właśnie tego dnia – śmieje się. – Na przykład ślub też brałem 1 kwietnia. Choć wyznaje, że na emeryturze będzie mu brak stałych obowiązków, bo praca którą wykonywał była jego pasją, oraz codziennego kontaktu z kolegami, to jest zadowolony, że będzie miał teraz więcej czasu na swoje zainteresowania.

Na emeryturze chciałby jeszcze bardziej poświęcić się poezji i pracy w stowarzyszeniu. Obiecał także pomoc w odbudowie parafii przy ul. Łąkowej – zobowiązał się wykorzystać swoje talenty i wykona prace elektryczne. Poza tym chciałby więcej czasu spędzać z rodziną i podróżować. – No i jeszcze przydałoby się troszkę odpocząć… – dodaje.

(źródło: Miesięcznik LOTOSFERA)

 

Może zainteresuje Cię:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *