WOLNE SŁOWO: „Podróżnych informujemy, że zegary na naszym dworcu są nieczynne”

STAN WOJENNY. Pamiętam te mroźne pierwsze dni stanu wojennego. Mróz, śnieg a ja ciągle wędrowałam po znajomych i po ulicach miasta, zbierając informacje, dopytując się o ludzi. Wieczorami pisałam i pisałam. Do redakcji nie mogłam przychodzić. Pierwszego dnia większość dziennikarzy otrzymała bezterminowe urlopy. Do gmachu można było wejść po załatwieniu przepustki, i to tylko na pierwsze piętro do administracji. Wyższych pięter strzegli umundurowani osobnicy z bronią – wspomnienia 13 grudnia 1981 r. red. Barbary Kęcińskiej-Lempki.

33. rocznica wprowadzenia 13 grudnia 1981 roku

stanu wojennego w Polsce

„Podróżnych informujemy, że zegary na naszym dworcu są nieczynne”. Teraz powinna paść zapowiedź, że pociąg jest opóźniony o rok świetlny – napisała  red. Barbara Kęcińska-Lempka, członek SDP z Poznania, w swoim dzienniku ze stanu wojennego i lat po nim następnych. Uzupełniła go wspomnieniami.

Zapraszamy do lektury tego znakomitego tekstu zamieszczonego na portalu SDP www.sdp.pl, na stronie Pracowni Wolnego Słowa SDP  w dziale „Ludzie SDP – wspomnienia”: http://sdp.pl/pws/wspomnienia/relacja_lempka_1.html

Niech się nam przypomni, z czego wyszliśmy. Jaka była tamta codzienność, tamte trudności, tamte problemy życiowe i zawodowe. I to, że wtedy czas się zatrzymał.

Elżbieta Binder

Pracownia Wolnego Słowa SDP

WSPOMNIENIA

Barbara Kęcińska-Lempka

„informujemy, że zegary na naszym dworcu
są nieczynne”

Barbara_Lempka

Barbara Kęcińska-Lempka- dziennikarka, recenzentka i poetka. W latach osiemdziesiątych reporter „Expressu Poznańskiego”. Działaczka „Solidarności”. W stanie wojennym negatywnie zweryfikowana – musiała odejść z redakcji. Szyła maskotki, pracowała jako pomoc kuchenna w klasztorze w Zakopanem. Po „Okrągłym Stole” wróciła do pracy w poznańskiej prasie, a po likwidacji „Dziennika Poznańskiego” zatrudniona w Klubie Literackim Centrum Kultury „Zamek” w Poznaniu. Autorka wielu reportaży o Poznaniu i jego mieszkańcach. Współpracuje z pismami literackimi („Akant”, „Radostowa”, „Protokół Kulturalny”), pisze felietony i recenzje. Laureatka wielu konkursów poetyckich m.in. II nagroda w Międzynarodowym Konkursie Poetyckim „Sen o Karpatach”, I nagroda w Konkursie Poetyckim im. Łucji Danielewskiej. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obecnie na emeryturze.

Fragment Wspomnienia Barbary Kęcińskiej-Lempki

STAN WOJENNY

Ogłoszenie stanu wojennego

Stan wojenny zastał mnie w autobusie, w drodze do Gdyni. Redakcja wydelegowała mnie na rejs „Batorym” po Bałtyku. Dziennikarze „Expressu Poznańskiego” niekiedy towarzyszyli wycieczkom i pisali reportaże z egzotycznych wtedy wyjazdów. Wyjeżdżaliśmy z Poznania w nocy z 12 na 13 grudnia. Pamiętam, że w drodze na zbiórkę, mijałam siedzibę Zarządu Regionu „Solidarności” przy ulicy Zwierzynieckiej. Bardzo dobrze znałam budynek – każdego dnia zachodziłam tam, by odebrać, odbite na powielaczu, komunikaty „Solidarności” i zawiesić je w naszej zakładowej gablocie, na korytarzu „Prasy”. Na Zwierzynieckiej, na wprost gmachu stały grupy czarno ubranych mężczyzn w kominiarkach. Zdziwiło mnie to, ale nie wzbudziło podejrzeń. Może związkowcy mają dodatkową ochronę – pomyślałam. Po północy przestały działać telefony – moja redakcyjna koleżanka mówiła, że przed wyjazdem chciała jeszcze zadzwonić do siostry. Bezskutecznie. Wyruszyliśmy w drogę. W autobusie grało radio. Nad ranem usłyszeliśmy hymn i zaraz potem drewniany, monotonny głos generała Jaruzelskiego, obwieszczający wprowadzenie stanu wojennego. Przerażenie i panika – takie były pierwsze reakcje. Część chciała natychmiast wracać, ale ponieważ byliśmy już blisko Gdyni ustalono, że pojedziemy na Dworzec Morski. W swojej naiwności, niektórzy sądzili, że statek wypłynie w rejs. Zapłacili duże kwoty za wycieczkę i bardzo na nią czekali. Po drodze mijaliśmy czołgi i wojskowe patrole. Dworzec Morski był obstawiony wojskiem. Większość uczestników wycieczki przerażona została w autobusie, ja wyszłam, oglądając z bliska chmary uzbrojonych żołnierzy. „Batory” oczywiście nie wypłynął.

Do Poznania wróciliśmy pod wieczór. Pamiętam jak wystraszona brnęłam w śniegu. Poszłam najpierw do koleżanki i wysłałam ją do mojego mieszkania (mieszkałam z mamą i bratem), by dowiedziała się czy w nocy nie przyszli mnie aresztować. Nikt mnie nie szukał. Wróciłam do domu i wszystkie książki z biblioteki „Solidarności” owinęłam w folię i w piwnicy schowałam pod stertą węgla. (Odkopałam je po latach). Towarzyszył mi strach. Bałam się o kolegów i o siebie. Po powrocie do mieszkania spakowałam do torby bieliznę, ręcznik, szczoteczkę do zębów. W każdej chwili mogą przecież po mnie przyjść. W poniedziałek poszłam do redakcji (opisuję to w dzienniku) i dowiedziałam się, że aresztowano dwóch naszych kolegów, członków zakładowej „Solidarności”: Michała Łuczaka (wieloletniego dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego”) i Wojciecha Dolatę (też z „Głosu”). Przemysław Nowicki, z zarządu zakładowej komisji, pozostał na wolności.

 

Gdynia – Poznań, 12/13 grudnia 1980 roku

 

13  grudnia, w autobusie, jadącym do Gdyni przez ośnieżone, białe pola o szóstej rano usłyszałam, że zapadł wyrok na kraj. Stan wojenny. Właściwie wyrok zapadł dużo wcześniej, gdy ubecy nagrywali zamkniętą, roboczą naradę „Solidarności” w Radomiu, wmawiając (ze spreparowanych materiałów), że „Solidarność” przygotowuje zamach stanu. Wyrok zapadł, gdy propaganda, histerycznym głosem swoich spikerów, krzyczała o strajkach dezorganizujących gospodarkę. Wyrok zapadł, gdy ci sami ubecy malowali na drzwiach swoich kolegów czerwone szubienice, strasząc rodziny „stójkowych” widmem krwawej zemsty „na czerwonym”, szykowanym przez” Solidarność”.

Absurd. Ośmiomilionowy związek, całe społeczeństwo. przez półtora roku nie dało się sprowokować, wykazując cierpliwość, godność i opanowanie. Cały naród, przez garstkę partyjnych przywódców, (broniących swoich stołków i wspierających się na części aparatu), wciągany był do gry: przewlekające się rokowania, ciągnące się w nieskończoność rozmowy, obietnice. Wszystko po to, by zyskać na czasie i uderzyć. Uderzyć tak, by zdeptać wolność, by natychmiast, od razu, cofnąć wywalczone przywileje; by zniszczyć, izolować inteligencję; zasiać strach, nienawiść; wykopać między ludźmi głębokie podziały. Wszystko w imię demokratyzacji, w imię ocalenia narodowego. Cóż za paradoks. Dławienie demokracji terrorem w celach stworzenia demokracji, w imię dialogu. Już po raz któryś z rzędu partia podszywa się pod naród. Dwa miliony uzurpują sobie prawo do decydowania o reszcie. Czy można było to przewidzieć? Można. Niestety, po raz któryś z rzędu zaufaliśmy umowom społecznym, prawom obowiązującym w cywilizowanej Europie. Zrobiliśmy tak wiele, że odwrót wydawał się niemożliwy. Władza wydała się być przypartą do muru przez cały naród, upojony wolnością, traktujący podrygi władzy w konwencji kabaretowej. A przecież, jeszcze niedawno, wicemarszałek Sejmu zapewniał w wywiadzie radiowym: „Stan wyjątkowy jest sprzeczny z Konstytucją”. Przed środową sesją Sejmu posłowie Stronnictwa Demokratycznego i PZPR opowiadali się przeciwko ustawie o nadzwyczajnych uprawnieniach dla rządu. Sytuacja międzynarodowa wskazywała na małe prawdopodobieństwo radzieckiej interwencji.

Tyle w nas było optymizmu, tyle inteligentnych ludzi wyszło z ukrycia, tyle projektów: dyskusje nad samorządem, wolność i autonomia dla wyższych uczelni, nowa ordynacja wyborcza do rad narodowych, potem wolne demokratyczne wybory do Sejmu; społeczny dostęp do środków masowego przekazu; wolne oficyny wydawnicze, odkłamanie historii – tak niewiele, a równocześnie tak dużo w systemie, w którym partia zastrzega sobie (prawem kaduka) pozycję monopolisty, a jej ambicją jest kontrola każdego najmniejszego przejawu życia społecznego.

Ostrzeżenia się jednak rozlegały. Ernest Skalski w ostatnim numerze „Solidarności” pisał: „W każdym razie w aparacie władzy powstała koncepcja sprawowania rządów w sposób, który stosuje okupacja wojskowa w podbitym kraju.(…) Partia, która ma w swojej nazwie człon „Robotnicza” i głosząca potrzebę porozumienia powinna się w sprawie swego funkcjonowania w zakładach porozumiewać z robotnikami, a nie grozić im prokuratorem i wojewodą, bo groźby prowokują…”

Ostrzeżenia były, nikt jednak nie docenił przebiegłości Wschodu. W nocy z soboty na niedzielę na uśpiony kraj najechały milicyjne budy. Wchodzono do domów, wywlekano śpiących ludzi. Zbrojne oddziały ZOMO zajęły budynki „Solidarności”, zablokowano telefony i teleksy, zabrano z Gdańska członków Krajowej Komisji Solidarności. Nad ranem zapukano do Michała Łuczaka [dziennikarza „Głosu Wielkopolskiego] Otworzył na słowo „Telegram”. Musiał się ubrać w pośpiechu i wyjść w towarzystwie tajniaków. Uwiozła go czarna „Wołga”. Na Piątkowie zgarniano ludzi do ciężarówek.

Niedzielny ranek zastał nas osłupiałych. W środku Europy, w XX wieku odcięto i zablokowano telefony i teleksy, wyłączono radiostacje, zwolniono do domu wszystkich pracowników radia i telewizji. Zostali zaufani, którzy jak powiedział spiker „zgłoszą się w umówionym miejscu”.

Wracaliśmy z Gdyni do Poznania, słuchając powtarzanego przemówienia Jaruzelskiego, wojskowych marszy (zawsze wesołych, teraz brzmiących ponuro i złowieszczo) oraz kolejnych komunikatów, wprowadzających milicyjną godzinę, militaryzujących większe zakłady pracy, straszących wyrokami śmierci za najdrobniejsze przestępstwo. Przed gdańskim MKZ-etem „Solidarności” stało 8 milicyjnych bud, funkcjonariusze uzbrojeni w długie pały i ludzie, krążący z rodzinami lub w pojedynkę wokół gmachu. Ludzie bezradni, sterroryzowani, szukający bliskich i wypatrujący jakiegoś znaku; zjednoczeni swoją obecnością przeciw terrorowi i przemocy. Pod Gnieznem kawalkada czołgów, na kolejowym przejeździe wojsko pod bronią. Poznań jeszcze pełen dawnych haseł (ZOMO bijące serce partii, Program partii programem partii, QTASS), wśród nich widać białe płachty zadrukowane czarnymi literami „OBWIESZCZENIE O WPROWADZENIU STANU WOJENNEGO”. Ludzie wracali do domów, wielu jeszcze nieświadomych, nie wiedzących o tak masowych aresztowaniach. Pierwsze wiadomości w drukarni na Zwierzynieckiej – z dziennikarzy w pracy zostaje tylko zespół „Gazety Poznańskiej”. „Głos” i „Express” się nie ukażą, Michał Łuczak aresztowany, Przemek Nowicki chyba też. Wracam do domu z ciężką torbą, brnąc w śniegu, myśląc o Michale. Bardzo wrażliwy, zastraszany w redakcji, denerwował się przed każdą wizytą u naczelnego. Tym bardziej ceniłam jego odwagę, jaką było zapisanie się do „Solidarności”. Teraz ten wrażliwy, subtelny Michał, wyrwany nad ranem ze snu, spędza swoją pierwszą więzienną noc. Gdzie jest, co się z nim dzieje? Wciąż widzę go, gdy spotkaliśmy się w sobotę po raz ostatni. Tknięta przeczuciem, po wymianie kilku zdań (tradycyjne „do zobaczenia”), odwróciłam się, by spojrzeć na malejącą postać.

Wojtka Dolatę zabrano wraz z kilkuletnim dzieckiem. Rano dziecko odwieziono do żony, której nie było w noc aresztowania. Wojtek został. Pół roku temu Wojtek przeszedł zawał serca. Lekarz mówił: „Najważniejsze to się nie denerwować”.

Kongres Kultury Polskiej miał trwać jeszcze w poniedziałek. W niedzielę zabrano prawie wszystkich uczestników. Siedzą podobno Szaniawski, Wajda, Kijowski, Andrzejewski. Na kongresie minister Tejchma z uwagą odnotowywał wszystkie bardziej ostre przemówienia. Wiedział czy nie wiedział? Takie to już nieistotne. Tyle razy władza sprzedawała własny naród. Wracam do domu, pakuję ciepłe rzeczy. Nie zrobiłam nic złego, ale po aresztowaniach, należy być przygotowanym na wszystko. W sercu Europy zaczyna się okupacja, znana mi dotychczas tylko z opowiadań. Milicja może wejść o każdej porze, przetrząsnąć dom, zabrać człowieka. W nocy budzę się nadsłuchując samochodów. Cisza. Pada gęsty, biały śnieg; taki sam jak wtedy, gdy we Florencji Lorenzaccio zamordował Medyceusza. Pada śnieg, nadając pozory spokoju uśpionemu miastu, w którym tysiące ludzi (tak jak ja) boi się łomotania do drzwi i myśli o bliskich, zabranych nie wiadomo dokąd. Śni mi się Michał. Pożyczałam mu tyle książek. Gdybym wiedziała, że zamknięty może przypominać sobie okrutne sceny z „Archipelagu Gułag”, że może bać się strzału w tył głowy, bicia, zmuszania do kłamstw. Błogosławiona nieświadomość. Znajomość reżimu przeraża i poraża, gdy zdać sobie sprawę z jego okrucieństwa, bezduszności i małości pojedynczego człowieka – ziarenka piasku w gigantycznej machinie politycznych frazesów, „uświadomionej konieczności”, racji stanu, w imię której podkuty but postawiono na gardle narodu. Zasypiając obok torby, do której włożyłam ciepły sweter, rajstopy, bieliznę, szczoteczkę do zębów i ręcznik; myślę o tym co zrobić, gdzie interweniować, by wyciągnąć aresztowanych.

Piszę tydzień po fakcie – tamten dzień i następne stają mi w pamięci jak żywe. Pierwszy niedzielny wieczór w nowym reżimie, obawy i niepewność. Początek długiego tygodnia, który jutro opiszę. Najważniejsze to zebrać informacje, zorientować się do kogo pójść, u kogo pytać. Śnieg jest biały, chłodny, tłumi marszowe kroki, dławi uśpione miasto. Gdyby ktoś z zewnątrz spojrzał na białe drzewa pomyślałby o nartach, o pięknie natury. Nie! W ludziach kiełkuje nienawiść. Myślą raczej o wierszu Miłosza”:

„Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy/ i sznur i gałąź pod ciężarem zgięta”

Poznań, 14 grudnia 1981 roku

Póki dokładnie pamiętam opiszę poniedziałek 14 grudnia w redakcji.
W poniedziałek w redakcji nie do każdego do końca dotarła prawda o stanie wojennym. Dla wielu była to jakby zabawa, a internowanie kolegów przypominało wyjazd na trochę niebezpieczną wysokogórską wycieczkę. Jednak, coraz to nowe, wiadomości i zarządzenia, studziły beztroskę: godzina milicyjna od 23-ciej do 6 rano, obowiązek zdania nawet białej broni, rozwiązanie Stowarzyszenia Dziennikarzy, Paxu, Stronnictwa Młodzieży Demokratycznej, ZSMP, Niezależnego Zrzeszenia Studentów Polskich; militaryzacja coraz to nowych zakładów pracy.

W gmachu „Prasy” pojawiają się nowe twarze, zdarto już naszą solidarnościową gablotę. Jacek Świgoń – skompromitowany pracownik Wydziału Propagandy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, który niedawno został specjalistą do spraw organizowania nowej drukarni; zostaje szefem administracyjnym budynku. Gdy „Solidarność” protestowała przeciwko powoływaniu go na kierownika nowej drukarni zbyto nas obietnicą: „Popracuje pół roku i się zweryfikuje”. Zweryfikował się prędzej. Członkowie „Solidarności” z „Gazety Poznańskiej” otrzymują bezterminowe urlopy. Z „Głosu Wielkopolskiego” do domu idą członkowie „Solidarności” i kobiety, z „Expressu Poznańskiego” zostaje tylko kierownictwo. Nawet kierowniczka stołówki (należała do „ Solidarności”) musi opuścić swe stanowisko. Stołówkę przejmuje ktoś partyjny. Zemsta czy obawa przed otruciem?
zaswiadczenie 14 grdudnia 1981

Groteska miesza się z dramatem. Puste pokoje, plombowane maszyny do pisania, opróżniane biurka, walające się wszędzie maszynopisy. Malarze już gipsują dziury po wyrwanej gablocie „Solidarności”. Wszystko trzeba zamalować jak najprędzej. W portierni nowe osoby. Wydają przepustki. Piętro wyżej dyżurni z opaskami sprawdzają wszystkich wchodzących. Ileż kompleksów odblokowano. Jakże ważni czują się teraz ci mali ludzie, którzy przez ostatni rok pozostawali w cieniu ożywiającej się inteligencji. Z jaką wyższością kobieta z kadr, wydająca dotychczas kartki na mięso, mówi do mnie: „Nie wejdzie pani do gmachu”. Jak dobrze jest upokarzać tych, którzy(w jej mniemaniu) mieli lepiej i byli wyżej. Ludzie zaczynają bać się mówić, naczelni redaktorzy, kierownicy działów boją się o swoje stanowiska.

Nadal jesteśmy odcięci od świata, od innych miast, ba nawet od sąsiednich instytucji. Co z ludźmi nie wiadomo. Spikerzy raczyli przeczytać spisy niektórych internowanych. Ilu wzięto ludzi z „Solidarności”, gdzie Wałęsa? – milczą ubrani w mundury. Zamiast tego długa lista aresztowanych za próby nawoływania do strajku. Przybijają człowieka te spisy, każą myśleć o okupacji i odważnych, którzy usiłują walczyć.

Wśród „godnych ubolewania incydentów” tragikomiczna wiadomość: „Prokuratura Rejonowa w Zgierzu wszczęła śledztwo w trybie doraźnym i tymczasowo aresztowała Piotra Tomalskiego, który 14 grudnia br. w Aleksandrowie Łódzkim będąc w stanie nietrzeźwym zaatakował przy użyciu szabli członka ORMO powodując u niego obrażenia głowy”. Wiadomości o ludziach, aresztowanych za działalność polityczną przeplata się komunikatami o chuliganach i włamywaczach. Stalinizm wraca koszmarną czkawką. To właśnie Stalin napuszczał chuliganów i bandytów na własne społeczeństwo, wykorzystywał ich agresję do terroryzowania uczciwych ludzi.

Propaganda osiąga wyżyny absurdu. W telewizji umundurowani spikerzy (Falska – kurwa generalska jak mówią ludzie i Grzegorz Woźniak) rozprawiają o kontrrewolucji. Wyciągnięto z lamusa wyświechtane gotowe formułki. Przykładem pewien docent, specjalista od cybernetyki społecznej z całą powagą oświadcza, że imperialiści zmuszali nas do eksportu żywności, powodując napięcia na rynku i słuszny protest klasy robotniczej, wykorzystany przez wrogów socjalizmu. W telewizorze dzieci w przedszkolu śpiewają „Okę”, a podstawiony profesorek w obecności telewizyjnych kamer wręcza „spontanicznie” czekoladki żołnierzom. Groteska.

Nawet wielkie, ludzkie dramaty system obrzuca błotem, nadają im wymiar małych świństewek, sprowadzając do poziomu bagienka. Spikerzy triumfującym głosem czytają kajania się pomniejszych działaczy. Ludzie, przyzwyczajeni do propagandowych fałszerstw nie wierzą. Zresztą, przy monopolu na wiadomości nawet sprostować nie można. Jesteśmy odcięci od świata i innych miast. Zablokowano teleksy, głucho milczą telefony. Są podobno przypadki śmierci, gdy dojechać do szpitala nie można (nie ma czym), a patrol nie wie, jak wezwać pogotowie, lub odmawia pomocy. „Na mieście” cisza. Ludzie z wbitym wzrokiem w ziemię mijają ulice, na których plamy farby świadczą o niedawnych hasłach. Tam, gdzie nie można było zdrapać papieru zamalowano go olejną farbą. Olejne, brudne – popielate kwadraty widać nawet na szybach wystawowych. To symbol. Wojskowa, gruba, olejna farba na kartki papieru. Symbolem owego dialogu (wracającego niekiedy jeszcze na usta propagandzistów) jest także Rondo Kopernika. Śladu nie ma po dawnej gablocie „Solidarności”, natomiast partia powiększyła swoją gablotę, usiłując propagandzie nadać pozory spontaniczności. Śmieszne i żałosne partyjne hasła w formie ulotek. Wreszcie wiemy, jak wygląda owo porozumienie, ów dialog. To po prostu monolog przed sterroryzowanym, któremu wmawia się, że ma prawo głosu. Dyskusja z zakneblowanym.

Głośniki straszą: za organizowanie strajków od 3 lat do kary śmierci, za rozpowszechnianie wiadomości, mogących stwarzać niepokoje – kary; za złamanie godziny milicyjnej – kary. Kary właściwie za wszystko, dla każdego, nawet siedemnastoletnich chłopców. Grozę powiększa nieznajomość prawa stanu wojennego. Pierwszego dnia, w redakcji, gdy mogłam jeszcze wchodzić do gmachu, zaczęłam zbierać podpisy pod oświadczeniem, domagającym się uwolnienia Michała Łuczaka i Wojciecha Dolaty. Ludzie bali się, ale w pierwszym odruchu podpisywali. Jakiś umundurowany wojskowy postraszył mnie więzieniem. Nasze władze, powołujące się tak często na humanitaryzm (szczególnie gdy chodziło o rozliczanie byłych prominentów, czy dalsze wypłacanie im rent) zagroziły surowymi karami za zbieranie pieniędzy i żywności dla rodzin internowanych. Groza! Spotkani ludzie mówią o coraz to nowych aresztowaniach. Izabelę Cywińską, dyrektorkę Teatru „Nowego”, zabrano ponoć w kajdankach, do Leszka Nowaka włamano się przy użyciu materiałów wybuchowych. Oddziały ZOMO, wpadające na Zwierzyniecką [siedziba Zarządu Regionu „Solidarności”], z impetem i przekonaniem o spisku, zastały kilka przerażonych dziewczyn, dyżurujących przy dalekopisach. Portierka, starsza pani z „Ochrony Obiektów”, wpadła w szok. Podobno do tej pory leży w szpitalu.

Dopiero w rozmowach, cicho wymienianych uwagach „ na mieście” (podchodzą do siebie ludzie znający się tylko z widzenia), widać jak wiele osób zabrano i wywieziono nie wiadomo dokąd. Listę internowanych prowadzi ksiądz od Dominikanów. Podobno aresztowano i jego. Oficjalne gazety milczą, stwarzając pozory normalnego życia. Drukują idiotyczne rozmowy typu „Cieszy mnie wprowadzenie stanu wojennego”. W kraju internowano tysiące ludzi, a dziennikarz „Gazety Poznańskiej” donosi zatroskany, że w jakimś PGR wypraszają się maciory, a nie ma promienników ciepła; albo, że w Kościanie nie będzie w tym roku makowca. Odezwali się dawni naprawiacze historii np. redaktor Leonard Wąchalski gwałtownie prostuje historię połączenia PPR i PPS, pisząc o atmosferze równości, zgody w jakiej to się odbywało. Znów mamy zejść do poziomu grzecznych przedszkolaków, słuchających apeli, zastanawiających się nad wyrwanym cytatem z przemówienia premiera; bez szemrania jedzących suchy chlebek na kolację i po kolejnej porcji wojennych audycji w telewizji („Hubal”, „Zagrajcie nam dzisiaj wszystkie srebrne dzwony”, Festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu) karnie idących spać. I cichutko. Broń Boże politykowanie czy „Wolna Europa” bo dobry, czujny pan milicjant jeździ windą i po godzinie policyjnej przykłada ucho do każdych drzwi. (autentyczne zdarzenie na Osiedlu Kopernika). Wczesnym świtem do pracy, uskrzydleni ideologią, wmawiającą jakie to bohaterstwo i romantyzm np. po raz dwunasty łatać dętkę w autobusie, czy przekładać części z autobusu do autobusu. Potem w kolejki z wizją dobrobytu; czując w ręce (jako klasa robotnicza) ster, jaki włożyła nam historia. I nie pytać się o aresztowanego kolegę, nie martwić losem strajkujących i bitych, nie narzekać na Partię i wojsko, bo to już „podważanie bytu narodu polskiego, godzenie w rację stanu, pchanie kraju do przepaści, lżenie naczelnych organów państwowych, oraz szerzenie wiadomości mających wzbudzić niepokoje i osłabiać gotowość obronną państwa”. Uff!!!.

Pamiętam te mroźne pierwsze dni stanu wojennego. Mróz, śnieg a ja ciągle wędrowałam po znajomych i po ulicach miasta, zbierając informacje, dopytując się o ludzi. Wieczorami pisałam i pisałam. Do redakcji nie mogłam przychodzić. Pierwszego dnia większość dziennikarzy otrzymała bezterminowe urlopy. Do gmachu można było wejść po załatwieniu przepustki, i to tylko na pierwsze piętro do administracji. Wyższych pięter strzegli umundurowani osobnicy z bronią. Spotykaliśmy się wszyscy w dzień wypłaty na korytarzu przed kasą, prowadząc antysocjalistyczne rozmowy. Z trzech dzienników, ukazujących się w Poznaniu wydawano tylko jeden „Gazetę Poznańską”, redagowaną przez zaufanych dziennikarzy. Niektórzy z nich, jak redaktor Leonard Wąchalski, czy Kazimierz Marcinkiewicz podpisywali się pod artykułami, inni pozostawali anonimowi lub kryli się pod wydumanymi pseudonimami. Wielu rozpoznawałam po stylu. W redakcyjnej stopce nazwisk nie podawano. Napisano tylko „Redaguje zespół powołany spośród dziennikarzy „Gazety Poznańskiej’, „Głosu Wielkopolskiego” i „Expressu Poznańskiego”.

Wklejałam do dzienników niektóre artykuły, tytuły. Ileż sloganów!: „Spokój i praca właściwą drogą do normalizacji życia”, „Kaliskie w poczuciu bezpieczeństwa”, „Mówią poznaniacy: rozumiemy sytuację”, „Niech zwycięża zdrowy rozsądek i rozwaga”., „Na ulicach Warszawy panuje spokój” (skąd my to znamy?). Propagandę wciskano nawet do teatralnych recenzji. Zachowałam recenzję Teatru Telewizji ze sztuki Wojciecha Bogusławskiego „Henryk VI na łowach”. Oto jej fragment:

„Pokazany w kwietniu przeminął na ekranie prawie bez echa. Teraz, w zmienionej sytuacji, wibruje wymową znaczeń politycznych, tych najoczywistszych. Oto król. Oto poddani. I oto ktoś trzeci – kto wciska się między króla i zwykłych ludzi, aby zapanować i nad królem i nad poddanymi. W sztuce z XVIII wieku są to milordowie, a w życiu dzisiejszym gracze polityczni. Toczą oni swoją egoistyczną sprawę, która nie służy ani władzy, ani ludowi. Szkodzi wszystkim. Znamy niby naszą historię, a – może się chwilami wydawać – nic z niej nie pamiętamy…” (wytłuszczenia jak w oryginale).

Dziennikarze pouczają i straszą, podając informację z prokuratury o „prowadzonych postępowaniach w trybie doraźnym przeciwko osobom winnym naruszenia postanowień dekretu o stanie wojennym”. W wycinku jaki zachowałam wymienia się nazwisko Zbigniewa Steckiego przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” przy Zakładzie Dendrologii PAN w Kórniku i Jerzego Kupsika z Przedsiębiorstwa Dostaw i Kompletowania Urządzeń Ferm Zwierząt Gospodarskich w Tarnowie Podgórnym. Obaj za nakłanianie do strajku i nie zaprzestanie działalności związkowej zostali aresztowani.

Całość Wspomnienia

Może zainteresuje Cię:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *