W MEDIACH. Cenzura państwowa i cenzura prywatna – czyli o kasowaniu wpisów na lokalnych portalach internetowych.

Jest takie stare powiedzonko, które doskonale pasuje do posowieckiej i pocarskiej mentalności dużej części naszych elit: „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. A powinno być dokładnie odwrotnie. Niestety, na niezrozumienie różnicy pomiędzy publicznym a prywatnym natrafiamy na każdym kroku. Tak też jest z zasadą ochrony wolności słowa.
Do Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP regularnie spływają następujące skargi: na profilu facebookowym jednej z prywatnych firm zamieszczałem krytyczne wpisy pod jej adresem. Były kasowane. Proszę o interwencję, bo to niezgodne z konstytucją; duży portal internetowy usuwa moje wpisy, bo są niezgodne z jego linią polityczną; bloger usuwa moje uwagi pod jego adresem zamieszczane pod jego wpisami; wysłałem list do lokalnego dziennika, redakcja go nie zamieściła, to cenzura.
Autorzy tych skarg domagają się interwencji prawnika i zakładają, że właściciele prywatnych tytułów, stron, blogów czy profili w portalach społecznościowych łamią prawo decydując się o umieszczaniu tam jednych treści, a niedopuszczaniu czy kasowaniu innych. Tak nie jest.
To ja decyduję
Według obowiązujących u nas przepisów wolność słowa jest całkiem nieźle zagwarantowana i chroniona, począwszy od podpisanej przez Polskę Konwencji o Ochronie Praw Człowieka poprzez Konstytucję aż po poszczególne ustawy. Z realną ochroną tej wolności, o czym wie każdy bardziej rozgarnięty dziennikarz, bywa różnie, w dodatku mamy całkiem spory zbiór artefaktów prawnych pozwalających ją ograniczać z niesławnym artykułem 212 na czele.
Dlatego nie ma raczej wątpliwości, że media publiczne dopuszczające tylko jedną opcję światopoglądową do swoich anten tę wolność łamią. Nie ma wątpliwości, że robi tak prasa wydawana przez samorządy za publiczne pieniądze, a służąca z reguły chwalstwu prezydentów, burmistrzów, sołtysów czy wójtów, a zarazem będąca orężem walki z lokalną opozycją.
Jednak w przypadku mediów prywatnych sytuacja ma się zupełnie inaczej.
Na moim blogu ja decyduję, których komentujących nie chcę tu widzieć – informuje publicysta Łukasz Warzecha i ma do tego święte prawo. Podobnie jak ogólnopolski czy lokalny tytuł prasowy należący do prywatnego wydawcy, może decydować o tym, które artykuły przyjmie lub nie, tym bardziej jakie listy do redakcji opublikuje. Także w przypadku prywatnego portalu internetowego decyzja o tym, co zostanie opublikowane, także jakie to będą komentarze, jest dowolna. To właśnie sytuacja odwrotna – gdzie redakcję zmuszano by do publikacji poszczególnych opinii byłaby oczywistym pogwałceniem wolności słowa. Aczkolwiek tu kilka zastrzeżeń.
Mielonka zamiast krakowskiej
Po pierwsze, media elektroniczne działają na zasadzie koncesji. A więc załóżmy, że stacja radiowa lub telewizyjna ubiegając się o pozwolenie na nadawanie gromko zapewnia Krajową Radę Radiofonii i Telewizji: będziemy pluralistyczni, politycznie niezaangażowani, będziemy dopuszczać na antenę różne opcje ideologiczne. Pluralizm w praniu kończy się na jednej partii lub opcji. W tym przypadku jest to powód do ukarania nadawcy lub odebrania mu koncesji.
Można sobie wyobrazić też wprowadzenie w błąd konsumenta. Oto portal internetowy w swoich reklamach i udostępnianym w sieci dokumencie programowym zapewnia, że jest otwartym spektrum opinii. A okazuje się, że to otwarcie jest owszem, ale tylko na jedną opcję. W tym przypadku jako wprowadzeni w błąd konsumenci możemy domagać się odszkodowania. To tak jakby ktoś na opakowaniu z wędliną pisał, że sprzedaje krakowską, a w środku była mielonka.
Jeszcze inny przypadek. Minister, już nie udawajmy, że chodzi o ministra X, ma swoje konto na Twitterze, gdzie informuje o rezultatach swojej pracy, polityce państwowej, robi to w godzinach pracy. Czy może dowolnie decydować o tym, kto może komentować jego informacje, a kto nie? Można mieć wątpliwości. Jego „tłity” to element jego działalności publicznej i polityki informacyjnej jego urzędu. Jeśli dopuszcza pod nimi do dyskusji to cięć cenzorskich nie powinien wprowadzać według swojego widzimisię.
Wolny rynek jedyną bronią
Ale tu znowu zastrzeżenie. Zarówno portal internetowy, rubryka z listami do gazety, blog, jak i tłitujący polityk, nie są zwolnieni z odpowiedzialności prawnej za to, co się u nich pojawi, nawet jeśli autorem będzie anonimowy i niechciany autor. Antysemickie, rasistowskie czy zawierające pomówienia wpisy niejedną osobę zawiodły już przed sąd. Dlatego siłą rzeczy osoba redagująca blog lub gazetę musi kontrolować czy nikt z publikujących tam nie łamie prawa.
I w końcu, last but not least, trzeba pamiętać, że zachowania nieetyczne czy nieeleganckie, nie zawsze są nielegalne. I to dotyczy dużej części cenzurowania treści w prywatnych mediach. Domorośli cenzorzy często wykazują się ideologiczną nadgorliwością czy po prostu chcą manipulować czytelnikiem. Po to mamy prywatne media należące do różnych opcji ideowych, by tej manipulacji i cięciom się nie poddać. Wolny rynek mediów jest jedyną skuteczną metodą jaką do tej pory wymyślono. A poza tym, na pewno przysługuje nam prawo do tego, by tego rodzaju cenzorskie cięcia skrytykować… gdzie indziej.
Wiktor Świetlik
Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP
(źródło: sdp.pl)
